Pisałam o Airbnb i o tym, że dzięki tej platformie mamy sposobność nocowania w czyimś domu oraz poczucia się jak u siebie. Możemy poznać miejsce z innej perspektywy i zetknąć się z codziennym życiem lokalsów.  Dzisiaj o tym jak jeszcze sprawić aby nie czuć się jak turysta a mieszkaniec. Dzisiaj o podróżowaniu w trybie slow.

Zadaniowość

Byłam ostatnio w Wenecji, na krótkim, czterodniowym wypadzie. Wenecja nie jest co prawda aż tak duża, ale cztery dni szybko mijają, szczególnie kiedy nocuje się poza miastem. Wydawać by się mogło, że aby zobaczyć jak najwięcej i zaliczyć wszystkie atrakcje, trzeba stworzyć plan i ściśle się go trzymać. Wybierając się na miniurlop do jakiegoś miasta na tzw. city break, miałam zwyczaj planować dokładnie wszystkie dni. Szukałam informacji w internecie, wertowałam przewodniki tworząc listę rzeczy wartych zobaczenia. Te przygotowania były dosyć stresujące a do tego zajmowały dużo czasu, którego przed wyjazdem i tak brakuje. Dodatkowo zastanawiałam się czy lepiej nocować w jednym miejscu, czy może w dwóch różnych po to by zobaczyć więcej. Będąc już na miejscu, każdego wieczora układałam logistykę następnego dnia aby wykorzystać jak najefektywniej każdą godzinę. Dużo myślenia i przygotowań, które często okazywały się niepotrzebne.

Wrzuć na luz

To był mój sposób na city break. Z biegiem lat i podróżniczych doświadczeń zrozumiałam, że urlop to nie kolejne zadanie do wykonania, że to jest przerwa od codzienności. I jeśli na co dzień szukam efektywnych rozwiązań i działam zadaniowo dobrze by wyjazd był od tego oderwaniem. Urlop ma być odpoczynkiem, relaksem, wrzuceniem na luz. Moje podejście i przygotowania uległy zmianie.

Daj się ponieść

Jak dzisiaj wygląda mów wyjazd? Przede wszystkim, nie myślę już o kilku miejscach noclegowych. Z góry rezerwuję jeden na cały pobyt i nie zastanawiam się czy to lepiej czy gorzej. Zdecydowałam się na tę opcję, ponieważ nie podobały mi się zwielokrotnione check out’y i niepotrzebne przenoszenie bagażu. Jeden check out mi wystarczy, nie ma co się rozdrabniać i komplikować sobie życia.

Poza tym, nie zaopatruję się w przewodnik, jeśli jest na miejscu to ekstra, jeśli nie to też dobrze. W internecie robię szybki skan miejsc godnych uwagi, chociaż nawet to zdarza mi się czasami pominąć. Otwieram umysł na doświadczanie i jadę. Na miejscu słucham wskazówek gospodarza lub osób, które poznaję. Patrzę na mapę i decyduję jaką część miasta zobaczyć danego dnia. Resztę pozostawiam losowi aby stworzyć dzieło przypadku. Daję się ponieść i zaskoczyć chwili.

Odkrycia

W Wenecji wiedziałam, że chcę zobaczyć Plac Świętego Marka, więc pierwsze kroki skierowałam w jego stronę. Idąc do celu zauważyłam, że na przedogródku pałacu Mora zamontowana została ciekawa instalacja. Weszłam przez żelazną bramę i zobaczyłam plakat zapraszający na wystawę „Time Space Existence” organizowanej w ramach piętnastej międzynarodowej wystawy architektonicznej La Biennale di Venezia. Weszłam na chwilę i zostałam wchłonięta w fascynujące prezentacje i niesamowite instalacje biur projektowych z całego świata. Krążyłam między pokojami zagmatwanymi jak trójwymiarowy labirynt, rozmieszczony na trzech ogromnych piętrach. Nie wiem kiedy minęły dwie godziny. Architektura to dziedzina, która mnie fascynuje, jednak nie zadałabym sobie trudu aby specjalnie wyszukiwać wystawy. A tak, uruchamiając ciekawość na to co czyha za rogiem, trafiłam na niezwykłą wizualną ucztę. Na Plac Świętego Marka oczywiście też dotarłam.

Pałac Dożów na placu świętego Marka

Pałac Dożów na placu świętego Marka

Rozejrzyj się

Nie spodziewałam się, że aż tyle czasu spędzę oglądając Wenecję od strony kanałów. Chciałam zobaczyć wyspę San Giorgio Maggiore, na którą dotrzeć można tylko łodzią. Okazało się, że niewiele więcej kupisz bilet całodobowy i do woli korzystasz z wodnych przejażdżek. Cały urok Wenecji tkwi w jej kanałach i domach, których drzwi i klatki schodowe wychodzą wprost do wody. Byłam zachwycona takim obrotem sprawy.

venice-2-grand-canal-italy-gondola-gondoliers-italy-italian-trips

W tle, za Wielkim Kanałem, wyspa San Giorgio Maggiore.

Kolejny dowód na to, że chodzenie bez konkretnego celu ma sens, przyniósł mi dzień, w którym postanowiłam znaleźć jedno szczególne miejsce. Na planie miasta zobaczyłam kilka całkiem dużych placów i pomyślałam, że chciałabym je zobaczyć. Zaczęłam podążać za mapą. Wenecja jest bardzo specyficzna, bo ulice co róż przecinane są kanałami i trzeba wspinać się na grzbiety nieskończonej ilości mostków. Ze względu na te nietypowe skrzyżowania nieustannie trzeba sprawdzać gdzie się jest. Szło to mozolnie, zabierało radość z obserwowania otoczenia, a placów jak nie było tak nie ma. Miałam wrażenie, że ciągle je omijam. Odłożyłam mapę i zdecydowałam, że niczego nie muszę szukać. I wtedy jak za dotknięciem różdżki, skręciłam we właściwe uliczki i odnalazłam piękne, ukryte place i ich urokliwe wnętrza.

Chwilo trwaj jesteś piękna

Bez pośpiechu krążyłam weneckim labiryntem, zaglądając w te najmniejsze przejścia. Gdy nachodziła mnie ochota zatrzymywałam się na kawę, lody albo inne przysmaki. Lubię sklepy vintage, więc wchodziłam do wszystkich napotkanych i oglądałam torebki od włoskich projektantów. A kiedy byłam zmęczona siadałam na placu czy przy kanale i chłonęłam piękno tego wyjątkowego miasta. Zero pośpiechu, zero stresu. Tylko ja i dana chwila. Ciebie również zachęcam do podróżowania w trybie slow. Z uważnością i otwartością za to bez zegarka, planu i GPS’a.

venice-canal-beautiful-houses-waterfront-italy-ambientravels-italian